Bardzo, ale to bardzo mocno. Bez bicia przyznam, że było to jedno z moich największych i najdłużej przechowywanych w serduszku marzeń. Takie trzymane na jego dnie od wczesnej podstawówki do osiemnastki. Takie, które stawiałam prawie na równi z dziennikarstwem, chociaż wydawało się o wiele mniej osiągalne.
Słowem wstępu patetycznie powiem, że zapraszam na historię o wielkim marzeniu, które zupełnie minęło się z powołaniem. Przychodźcie tłumnie i czytajcie o Sherly, Wielkiej Brytanii i pisaniu nie-po-angielsku.

WIELKIE MARZENIE MAŁEJ SHERLY

Wiedzcie, że wszystko ma początek w 6 klasie podstawówki, kiedy to nauczycielka mojego ulubionego przedmiotu (który byłby nadal ukochanym, ale pojawił się w moim uniwersyteckim życiu warsztat dziennikarski) postanowiła zrobić lekcję o krajach anglojęzycznych. Na pierwszy ogień poszła Wielka Brytania, bo to przecież najbardziej angielskie z angielskich państw. Najdroższa mgr Katarzyna opowiadała o Big Benie, Stonehenge i Królowej Elżbiecie. Następnie pokazała nam masę fotografii Londynu i okolic, czym kompletnie rozkochała w Anglii dwunastoletnią Sherly. Od tego momentu ironiczne dziecko intensywnie zgłębiało swą wiedzę na temat Wysp, jeszcze bardziej zakochało się w angielskim i wiedziało, że jego życie nie będzie kompletne gdy chociaż nie zobaczy na własne oczy tych wszystkich pięknych miejsc. Skrycie marzyło też o mieszkaniu na przedmieściach Londynu, żeby móc spełniać swe brytyjskie marzenie codziennie od nowa. Pochwalę się nawet, że jako dwunastka przeszłam do miejskiego etapu konkursu wiedzy o Szkocji, taka byłam zainteresowana! Rozczarował mnie jedynie fakt, że nagrodą szkolnej części nie była wycieczka na Wyspy Brytyjskie, a jedynie wyprawa tramwajem do zabrzańskiego katolika, gdzie odbywał się właśnie miejski etap szkockiego szaleństwa(a w łazienkach mieli brudniej niż w naszej publicznej, osiedlowej szkole, szok ze stresem).

ZOBACZYŁAM LONDYN

Cała rodzina doskonale wiedziała o moim marzeniu, bo taka już jestem atencyjna, że dużo mówię na swój temat. Nie jest to dobra cecha, bo można doskonale wykorzystać wszelkie moje słabości, dobrze o tym wiem, ale rodzice zrobili nieco na odwrót. Wykorzystali bowiem fakt, że nie czuję się jeszcze na siłach by zrobić kurs prawa jazdy (może kiedyś o tym opowiem, ale uprzedzam, że to będzie typowe wylewanie traum i żali), więc w ramach prezentu osiemnastkowego sfinansowali mi czterodniowy wypad do Londynu. Nie posiadałam się z radości, bo wreszcie mogłam spełnić marzenie, które tak długo we mnie siedziało. W dniu wylotu cieszyłam się niesamowicie, podczas wycieczki również i cieszę się dalej, bo zdałam sobie sprawę, że miłości do Wielkiej Brytanii i angielskiego chyba nie pozbędę się nigdy. Wracając do meritum - wycieczka była genialna. Na własne oczy widziałam Westminster, przeszłam się Tower Bridge z przezroczystą podłogą i zrobiłam zakupy na Oxford Street, które jest bardziej zakupowe niż Silesia City Center i Galeria Katowicka razem wzięte. Przejechałam się niemal wszystkimi liniami londyńskiego metra łącznie z naziemnym DLR, zwiedziłam muzeum Sherlocka Holmesa (ojca mojego pseudonimu i drugiego ulubionego bohatera literackiego po Lisbeth Salander z trylogii Millennium) i prawie wsiadłam na London Eye, ale powstrzymał mnie lęk wysokości. Z wyprawy wróciłam z masą zdjęć, spełniona niesamowicie i szczęśliwa jak to małe dwunastoletnie dziecko. Nabrałam też zupełnej pewności, że... za cholerę nie chcę tam mieszkać!

WCALE SIĘ NIE BOJĘ

Wcale nie szukam problemu tam, gdzie połowa ludzi rozważających emigrację. Nie chodzi mi nawet o to, że będę daleko od rodziny i przyjaciół, bo pochłonięta pracą i tak nie miałabym czasu na codzienne odwiedziny. Nie myślałam nawet o barierze językowej, bo aktualnie jestem starą dupą z certyfikatem ze szkoły językowej na poziomie C1 (C2 już się robi, proszę się nie martwić, chyba nawet się wyrobię na równi z licencjatem!), bo pomimo bycia słabym słuchaczem jestem nie najgorszym rozmówcą. Puszkowane jedzenie i obrane banany pakowane na tackach również nie robią mi różnicy, bo myślę logicznie i wiem, że mogę ugotować w domu coś dla ludzi, nie zwierząt lub zjeść w Subwayu kanapkę ze świeżymi warzywami. Nie boję się tego, że zgubię się w wielkim mieście lub wsiądę do złej linii metra - od tego są mapki, GPS i wypytywanie uliczników. Samotność mnie nie przeraża, bo stadne ze mnie zwierzę i nawet na wykładzie nie wytrzymam długo bez osoby siedzącej obok. Więc czego się boję?

CHCĘ PISAĆ

Najbardziej przeraża mnie to, że pracując w Wielkiej Brytanii jako dziennikarka, musiałabym pisać po angielsku i domyślam się, że z perspektywy osoby dobrze znającej język brzmi to niesamowicie głupio. Uwielbiam pisać po polsku - układać wyrazy w zdania, zdania w akapity, korygować stylistykę i interpunkcję. Gdy składam te akapity w tekst, lubię czuć się jak u siebie. Doskonale wiem, gdzie mogę wstawić kolokwializm, gdzie powinnam dobrać inny wyraz, gdzie mogę rozpocząć i skończyć myśl. W ojczystej mowie wszystko jest proste, swojskie i pewne. Pomimo dużej znajomości angielskiego najzwyczajniej nie wyobrażam sobie pisania w tym języku. Mam wrażenie, że nigdy nie dojdę do płynności i pewności, którą mam tworząc po Polsku. Owszem, dobrze wiem, że mogłabym pisać na witrynach internetowych i w gazetkach dla polskiej mniejszości, ale wiem również, że ograniczając się za granicą (jaka kretyńska gra słów, wyję ze śmiechu i nie mogę przestać!) do ojczystego języka osiągnę zdecydowanie mniej. A chciałabym wnieść w dziennikarstwo coś dużego. W polskie dziennikarstwo.

Jak to wygląda u was - przyszłych zawodowo piszących? Bylibyście w stanie przerzucić się na wypowiedzi w innym języku? Bo mam dziwne wrażenie, że jestem odosobniona. No, powiedzcie coś!
Dziś drugi raz w swoim krótkim życiu przybywam, by przyczepić się do jakiejś nowej ustawy. W zeszłym roku mówiłam o zdrowym jedzeniu w sklepikach szkolnych, teraz czas na innowacyjne paczki papierosów z zachęcającymi fotografiami. Dzięki za inwencję, ale... ile w tym sensu?
Domyślam się, że każda czytająca mnie szesnastka choć raz miało w ustach papierosa. Chociażby dlatego, że wszyscy jesteśmy ludźmi i to bardzo ciekawskimi. Sama przez lata zastanawiałam się, co ludzie na ulicy widzą w wypchanych tytoniem papierkach i tę ciekawość zaspokoiłam. Okej, palą całe osiedla, miasta, wydziały i uniwersytety. Zaopatrzyć możemy się wszędzie, bo każdy kiosk prasowy dawno stał się kioskiem fajkowym. Na szczęście zjawisko nie jest już tak powszechne, jak ukazano w filmie Bogowie, gdzie Religa robił transplantację serca z petem w ustach, ale nadal kłopotliwe. Stąd wzięły się na przykład zakazy palenia w miejscach publicznych, które miały zniechęcić palaczy. Komisja Europejska, dobrze wiedząc, że zakazy niczego nie zmienią, poszła jednak o krok dalej - każda wyprodukowana po sylwestrze paczka została ozdobiona kontrowersyjnym zdjęciem przedstawiającym skutki palenia tytoniu. Tak jak zakazy kurzenia na przystankach (pomimo zupełnego braku skuteczności społecznej) rozumiem, bo wolę widzieć drzwi autobusu, nie dym, tak nowy pomysł Komisji nie trafia do mnie zupełnie. Chcecie wiedzieć dlaczego uważam, fotografie za mało przekonujące?

WSZYSCY ZNAMY KONSEKWENCJE

O konsekwencjach palenia tytoniu wiemy już od wczesnej podstawówki. W każdej szkole rozwieszona jest tona plakatów namawiająca do zamiany fajek na warzywa. Podobnie sprawa wygląda na godzinach z pedagogiem, który przynosi ulotki mające zniechęcić dzieci do palenia w przyszłości. Temat został również poruszony w miliardzie publikacji naukowych - sama czytałam rzeczowy artykuł w Świecie wiedzy, z którego dowiedziałam się, że tytoń zabił więcej ludzi niż II Wojna Światowa. Nie zapominajmy też, że każda paczka papierosów ozdobiona jest przestrogą o impotencji i bezpłodności, często dołącza się numer telefonu, pod którym można uzyskać pomoc w walce z nałogiem. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że refleksja nasuwa się sama - bardzo dobrze wiemy, jakie są skutki palenia fajek, więc doklejane fotografie są zwyczajnie zbędne. Zestawiane ze znanymi nam z paczek informacjami o raku płuc tworzą swoiste masło maślane.

Fotografię pożyczyłam stąd. Odsyłam również, do artykułu na powyższy temat - zawiera więcej obiecujących przykładów.

JESTEM WOLNYM CZŁOWIEKIEM

Który według polskiej konstytucji może robić i mówić, co mu się żywnie podoba. Wiadomo, że obowiązują mnie pewne granice i nie mogę pozwolić sobie na napad na bank lub rozpętanie wojny, ale wiemy jedno - tytoń jest legalny. Za jego posiadanie i palenie nie ma odpowiedzialności karnej, o ile oczywiście nie znajdujemy się na dworcu autobusowym. Jeśli mam na to ochotę, mogę palić papierosy bez żadnych prawnych konsekwencji. Rysunek na paczce to działanie niesamowicie pośrednie - tytoń ciągle pozostaje ogólnodostępny, posiada jedynie nową ozdobę, która nikomu nie robi różnicy, bo przecież paczka Viceroyów nie służy do podziwiania, a do palenia.

TRZYSTA SPOSOBÓW RZUCANIA PALENIA

Pucując drugą stronę medalu, szczerze wątpię, żeby kilka ohydnie wyglądających zdjęć mogło wpłynąć na decyzję wieloletniego palacza. Jeśli Andrzej palił przez ostatnie 20 lat, myślicie, że powstrzyma go fotografia zadymionych płuc? Litości, przecież on doskonale zna konsekwencje i sam decyduje o pielęgnowaniu nałogu. Gdyby nie chciał palić - kupiłby plasterki i wyrzucił do kosza wszystkie zapalniczki z szuflady. Brzydkie zdjęcia niczego nie zmienią chociażby dlatego, że od lat mamy 300 możliwości rzucenia papierosów, które są o wiele bardziej skuteczne, bo potwierdzone przez medyków. Spojrzenie na fotografię niczego nie zmieni, bo w licznych publikacjach widzieliśmy ich tysiące, a konsekwencje kurzenia dobrze znamy. Droga Komisjo, naprawdę myślicie, że ktoś skorzysta z waszej innowacyjnej metody walki z nałogiem, która polega jedynie na szoku? Przecież sama telewizja szokuje nas od niemal 40 lat!

Dobrze wiecie, o co zawsze krzyczę pod tekstem - o cudowną dyskusję w komentarzach, która daje mi masę radości. Do dzieła ironiczni, porozmawiajmy!
A społeczeństwo słysząc o mojej decyzji zaczęło mnie szkalować jak internauci papieża. Dobra, bez przesady, bo nikt mnie jeszcze nie posądzał o kontakty seksualne z dziećmi, ale znajomi zadowoleni nie byli. Zresztą nie tylko oni uznali, że moja decyzja jest kompletnie oderwana od rzeczywistości. Ba, zgodziła się ze mną tylko jedna osoba. Rozumiecie, jedna!
Wyobraź sobie sytuację: masz faceta*, a facet ma ciebie. Od kilku miesięcy, nie jakichś dwóch tygodni, więc trochę się jednak znacie. Jego przyjaciółka, a twoja dobra znajoma, z którą wielokrotnie piłaś piwo i jeździłaś na wycieczki (zajechałyśmy raz aż do czeskiego Cieszyna, piękna sprawa) prosi o wypożyczenie powyższego na czas studniówki, bo wszyscy godni uwagi partnerzy z klasy są już zajęci. Kobieta zna go 5 razy dłużej od ciebie i zupełnie nie bierze pod uwagę jako partnera/chłopaka/męża/kumpla z profitami/domowego opróżniacza popielniczek/kogokolwiek poza przyjacielem. No i co, nie pożyczysz?

NIE POŻYCZĘ

Z prostego powodu, że facet nie jest moją rzeczą, którą mogę wypożyczać za jakieś niebotyczne, ustalone wcześniej sumy. Każde z nas dysponuje własnym grafikiem spotkań i nikt się nie obraża, gdy drugie chce obejrzeć mecz z kolegami (ja nawet Premier League nie zniosę w całości, a słyszałam że mają etykietkę ciekawych) lub pogadać z koleżankami (plotkujemy w ilościach niemożliwych, więc on pewnie też by tego nie przeżył). Nie jesteśmy od siebie tragicznie uzależnieni, co większość osób uważa chyba za dziwne i nieprawidłowe - my przeciwnie, bo siedząc w czterech ścianach z drugą osobą 24/7 można dostać cholery lub innej ciężkiej choroby układu nerwowego. Jakim cudem moje koleżanki siedząc z facetami i nie wypuszczając ich do kumpli są jeszcze zdrowe - tego nie wiem. Szczerze tylko powiem, że gdyby mój facet wybrał się na tę studniówkę bez mojej wiedzy, miałabym prawo być zła. Zawsze informujemy się wzajemnie o planach z osobami trzecimi, żeby drugie też mogło sobie coś ustalić i nie siedziało w domu jak ostatni przegryw. Ale skoro zapytał, czy nie mam nic przeciwko imprezie, a mnie jego wyprawa zupełnie nie przeszkadzała, bo znam i partnerkę i łączącą ich, bardzo nieszkodliwą relację, naturalnie się zgodziłam. Logicznie dlatego, że mu ufam, ale powyższe argumenty wcale do społeczeństwa nie docierały.

I WTEDY ROZPĘTAŁA SIĘ BURZA

Gdy ludzie dookoła dowiedzieli się o studniówkowych planach mojego faceta, usłyszałam wiele przykrych i bezpodstawnych oskarżeń. Na przykład, że przyzwalam mu na niewierność, a nawet sama daję okazję do zdrady pozwalając wyjść na bal z inną dziewczyną. Dosłownie do nikogo nie trafiłam argumentem, że facet nie jest moim niewolnikiem i teoretycznie nie mogę mu wprost zakazać wyjścia - to byłoby toksyczne, a nie chcę mieć z takimi związkami styczności, ani sama siać niepotrzebnych zanieczyszczeń. Nie trzeba być socjologiem, by wiedzieć, że gdy moja chorobliwa zaborczość doprowadzi powyższego do białej gorączki, wyjdzie sam o niczym mi nie mówiąc i wtedy zacznie być między nami naprawdę źle. Odnośnie zaufania nasłuchałam się też, że jestem naiwna i ufna jak mały dzieciak, a życie nie nauczyło mnie jeszcze niczego. Powiedzcie mi tylko, jak tu nie wyrobić sobie zaufania, gdy miasto uniwersyteckie faceta jest 100 kilometrów od waszego, widujecie się głównie w weekendy, a w tygodniu roboczym każde z was spędza długie godziny z masą losowych studenciaków. W takim przypadku zazdrość i nieufność doprowadziłaby mnie do szaleństwa, bo musiałabym do niego wypisywać 30 razy dziennie, zadawać masę niepotrzebnych pytań i pewnie byłabym niesamowicie denerwująca. Przecież dobrze go znam, wiem jaki jest, ufam mu, bo nie mam powodów by tego nie robić i do cholery, nie jestem nienormalna! Jako samozwańcza doktor socjologii dorzucę wam pewną informację. Wiecie, przez co rozpada się bardzo wiele związków? Przez chorobliwą nieufność, która rodzi potem oskarżenia nie mające żadnego pokrycia.

POMAGAŁAM IM, JAK MOGŁAM

Dla większości pewnie podtytuł brzmi dziwnie, bo przecież powinnam płakać w kącie lub pluć sobie w brodę, że pozwoliłam mu na takie wyskoki, ale czas na kwiat dzisiejszego posta. Powiem wam, że mój facet w życiu nie był na studniówce, bo wcale nie ciągnęło go na własną, zeszłoroczną, a mnie poznał niestety pół roku po fakcie. Zwyczajnie wychodził z założenia, że to wielka szopka, na której każdy wygląda i zachowuje się sztucznie - taka popijawa w pseudoprestiżowej oprawie. Jako, że na swoją studniówkę się nie wybrał, miał teraz okazję zaspokoić ciekawość na cudzej. Impreza na 100 dni przed maturą jest jednak jakimś przeżyciem, więc mógł obejrzeć, jak inni ją przeżywają i jak to wygląda od środka. Oczywiście początkowo uraczyłam go arcydługą opowieścią o tym, jak wyglądała moja studniówka, uświadomiłam, że trzeba założyć krawat i pochodzić na próby poloneza, by go premierowo nie spierniczyć. Z partnerką zwiedziłam natomiast 2 centra handlowe by dobrać buty do sukienki. I obydwoje wyglądali tak ładnie, że jestem z siebie dumna. Posmutniałam nawet trochę, że mój facet nie odbiera mnie z przystanku w tym przystojnym garniturze, ech. Ale społeczeństwo i tak powie, że jestem straszną dziewczyną i nie doceniam naszego związku, no tragedia w biały dzień!

STUDNIÓWKA TO NIE WESELE

Ten punkt proszę sobie wziąć do serca razy dwa. Powiadam wam uroczyście, że główną funkcją studniówki jest bycie pseudonadmuchanym balem, na którym sprawnie udajemy dorosłych. Szczerze mówiąc, to zwyczajna popijawa w ładnych strojach. Trochę jak domówka u Szwagra, z tym, że sala jest większa, a dziewczyny mają szpilki zamiast Najek. Studniówka nie jest weselem, czy innym świętym sakramentem, na który koniecznie zabieramy drugą połowę, a potem wyznajemy sobie miłość na całe życie. Służy między innymi do potańczenia, porobienia ładnych fotek i pojedzenia z kumplami z liceum. Dobrze wiecie, że połowa dziewczyn bierze na studniówkę najlepszego kolegę, ale żadnej z nich się za to nie dostaje, jeśli obydwoje są wolni. Gdy jedno z nich jest zajęte, rozpętuje się (jak w moim przypadku) niesamowita burza o brak szacunku, a chodzi jedynie przecież... o napicie się z kolegami, tonę darmowego jedzenia i tańczenie do disco polo. Zlitujcie się do cholery, studniówka ma charakter zwyczajnej imprezy, jakich wiele. Z małą społeczną różnicą, że za zabranie zajętego kumpla na domówkę nie kończy się napiętnowaniem, a jedynie krótkim pytaniem gdzie masz dziewczynę?  i otwarciem butelki. Więc uprzejmie proszę o wyjście z moich relacji międzyludzkich i zajęcie się własnymi. To tylko taka malutka podpowiedź.

Zachęcam was do wypowiedzenia się na powyższy, pewnie powiecie, że nieco kontrowersyjny, temat. Może wasz facet też wybrał się na studniówkę z koleżanką, a reakcje były całkiem inne? Chętnie na ten temat poczytam, zanim zupełnie stracę wiarę w ludzi dookoła.

*Piszę o facecie, bo jako heteroseksualnej dziewczynce tak jest mi łatwiej, a nie chcę napierniczać ukośnikami - wtedy tekst przestanie być czytelny. Uprzejmie proszę płeć męską o odwrócenie sobie sytuacji (czyt. zamianę faceta na dziewczynę i przyjaciółki na przyjaciela). To wcale nie jest trudne, jak mawia Kołcz Majk, możecie wszystko!
Już wiecie, że na najlepsze pomysły wpadam podczas kąpania. Dziś zastanawiałam się nad zawodami, których nigdy w życiu nie chciałabym wykonywać dobrowolnie. I tak przyszedł do mnie pomysł na wpis o kierunkach studiów, na które wybitnie mi się nie spieszyło, nie spieszy i spieszyć nie zacznie.
Jeśli studiujecie, pewnie przekonaliście się, że macie na kierunku kolegów dzielących się na dwie grupy - pasjonatów tematu i nieszczęśników, którzy nie dostali się tam, gdzie chcieli i próbują szczęścia na losowej drodze życia. W ten sposób prawie poszłam na psychologię (na szczęście miałam za mało punktów i mnie jednak nie wzięli!), bo miałam niewielkie wątpliwości odnośnie dziennikarstwa. Teraz na szczęście jestem stuprocentowo pewna wyboru, więc mogę sobie pożartować z innych kierunków i pomyśleć o tym, na co nudnego mogłam przypadkowo trafić, gdyby coś mi się znacznie przestawiło w mózgu. Wobec tego zapraszam na listę kierunków, na które zdecydowanie nie chciałabym pójść. Oczywiście bez zupełnych absurdów typu matematyka czy chemia, bo moja zdecydowana niechęć do tych dziedzin nauki jest chyba wiadoma. A, zapomniałam - wszystkie kierunki kradnę z oferty Uniwersytetu Śląskiego.

DORADZTWO FILOZOFICZNE I COACHING

Lubię zaczynać z grubej rury, więc pierwszy będzie kierunek, z którego szydzi niemal połowa polskiego społeczeństwa domagając się jego delegalizacji. Osobiście uwielbiam memy o coachingu i rozważam otwarcie prywatnej ich kolekcji. Nie zmienia to faktu, że do rozpoczęcia takich studiów jest mi dalej niż do podjęcia decyzji o zostaniu wolnym słuchaczem na wykładach z matematyki. Coachingowe projekcje na YouTube śmieszą mnie niesamowicie, podobnie jak doradczy bełkot na blogach o rozwoju osobistym (chociaż Andrzeja uwielbiam i serdecznie do niego zapraszam). Moje postanowienia noworoczne umierają z reguły po tygodniu, motywatorem jestem okropnym, a kliszowe możesz wszystko wywołuje u mnie konwulsje. Na pytanie o to, jakim byłabym coachem, możecie odpowiedzieć sobie sami, ja podzielę się jednym ze znalezionych memów.

Ów złoty obrazek pożyczyłam stąd. Wskakujcie, bo na stronie znajduje się wywiad z autorem najpopularniejszego fanpage'a nabijającego się z coachingu i rozwoju osobistego.

STUDIA ŚLĄSKIE

Zlitujcie się nade mną. Wiem, że jestem Ślązaczką, mam wielu śląskich znajomych na studiach i w dodatku studiuję na Uniwersytecie Śląskim. Historia Polski XX wieku nauczyła mnie nawet w nadmiarze o Powstaniach Śląskich. Wiem, kim był Godula, co zrobił Korfanty i gdzie stoi szpital wybudowany przez Religę (który miał zresztą świetny gust kulinarny, bo w żadnym szpitalu nie karmią tak dobrze). Wiem jeszcze pewnie dużo innych, losowych rzeczy, które wiążą się z moim regionem i odwiedziłam większą jego część. Uważam też, że ta wiedza w zupełności mi wystarczy, bo nie jestem aż taką miłośniczką swego miejsca zamieszkania. Więc po co mi, do cholery, Studia Śląskie?

FILOLOGIA ANGIELSKA

Ogólnie nie mam nic przeciwko filologii angielskiej i samemu językowi, wokół którego skupia się ten kierunek. Uwielbiam angielski, Wielką Brytanię, architekturę Londynu i produkowaną tam czekoladę. Maturę z powyższego rozwaliłam też na tyle, że dostałabym się bez problemu i nie pogardziłabym tłumaczeniówką jako drugim kierunkiem. Są jednak dwie specjalizacje, od których odrzuca mnie na kilometr.

Nauczycielska

Sprawa wcale nie wygląda tak, że tylko ja sama nie widzę siebie w roli pedagoga. W życiu nie usłyszałam żadnego Górczyk, zostań nauczycielką, genialnie sprawdziłabyś się w tym zawodzie!, naprawdę. Z moim wrodzonym brakiem cierpliwości i ogromnym antytalentem do przekazywania wiedzy nie zamierzam brać odpowiedzialności za edukację i przyszłość cudzych dzieci, bo jeszcze by mnie zamknęli. Zwłaszcza jako anglistka lub lektorka w szkole językowej. Ci drudzy często siedzą w pracy do późnego wieczora, dajcie żyć!

Kultura i literatura angielskiego obszaru językowego

Próbowałam zabierać się za klasykę angielską i nie chcę się chwalić, ile razy odkładałam te książki po przeczytaniu 20 stron. Dumy i inne uprzedzenia nie interesują mnie kompletnie, Makbeta w liceum nie przeczytałam, a film pod tym samym tytułem (ten z Fassbenderem w roli głównej) wyłączyłam po pół godziny, tak jak rzadko przerywam oglądanie w połowie, bo przecież kino to sama radość. Kultura brytyjska zdecydowanie nie jest moją bajką, więc na takiej specjalizacji zanudziłabym się stuprocentowo, bez dyskusji.

PEDAGOGIKA

Sprawa wygląda podobnie do filologii ze specjalizacją nauczycielską. Za cholerę nie mam cierpliwości do dzieci i niezmiernie mnie one denerwują. Zajmowanie się młodszymi kuzynami na rodzinnych imprezach uważałam zawsze za całkiem przyjemne, ale zabawa z 5 znanych mi dzieciaków ma niewiele wspólnego z nauczeniem czegoś 30 obcych. Nauczanie początkowe zapewne doprowadziłoby do tego, że zabiłabym się jakimś tępym narzędziem. Na przykład łyżką lub nogą od stołu. Fakt, że zupełnie nie wyobrażam sobie siebie w roli matki chyba wiele mówi o moim złotym podejściu, prawda?

PRAWO

Czyli kierunek, który wybrała duża część znajomych humanistów i biolchemistów, a ja chciałam mieć z nim jak najmniej wspólnego. Jestem w posiadaniu znajomej, która studiuje ten straszny wytwór i współczuję jej z całego serca wkuwania monstrualnych rozmiarów podręczników i kodeksów prawnych. Najzabawniejsze jest to, że paragrafy ciągle się zmieniają, więc w końcu prawnicy przestaną nadążać z przyswajaniem tej cudownej wiedzy i te wszystkie kodeksy ich zasypią. Do tego stopnia, że nigdy z pod nich nie wyjdą i zbudują pod nimi domy, mieszkania i całe osiedla. Trzymajcie prawo ode mnie z daleka!

Czekam na wasz punkt widzenia, do którego przedstawienia zapraszam w komentarzach. Jakie kierunki studiów przerażają was najbardziej? Na które nie poszlibyście nawet za milion złotych monet i 2 ruskie szampany? Pochwalcie się koniecznie, bo uwielbiam z wami dyskutować.