Byłam, widziałam i rekrutowałam, więc teraz chciałabym przygotować na tę świetną zabawę młodsze roczniki. Tylko uwaga, bo zasady gry są bardziej skomplikowane, niż myślicie!

Jakieś dwa tygodnie temu zakończyłam wszystkie procedury związane z rekrutacją na studia. No, tak mi się wydaje. W końcu na dnie szafki chowam już potwierdzenie przyjęcia, a w dziekanacie nabyłam umiejętność logowania się na USOS. Z okazji oficjalnego zostania studentką Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, zapraszam do odwiedzin) przeprowadzę was przez cały tok postępowania rekrutacyjnego, bo dobry i pomocny ze mnie człowiek. Informacje na stronach uniwersytetów bywają czasem tak niezrozumiałe, że uwierzcie mi, ten poradnik ma przyszłość.

(uprzedzam, że poradnik nie zawiera dat, bo każdy uniwersytet, ba, nawet wydział, ustala je po swojemu)

NAJPIERW MUSISZ MIEĆ MATURĘ
Serio stara? Co ty nie powiesz! Pewnie niesamowicie was to bawi, ale papierkową robotę związaną z maturą również można schrzanić. Zacznijmy od tego, że zanim zdecydujecie się na pisanie konkretnych rozszerzeń, polecam przewertować strony uniwersytetów w celu sprawdzenia, jakie przedmioty mają znaczenie przy rekrutacji na wasze wymarzone kierunki. Po co męczyć się nad rozszerzoną geografią, skoro na filologię angielską nie ma ona najmniejszego znaczenia? Dokładanie sobie pracy to nonsens, zwłaszcza w niesamowicie zabieganym okresie przedmaturalnym, gdy każdą godzinę zaczynacie przeliczać na rozwiązane zadania z trygonometrii. Polecam również wypisanie deklaracji maturalnej przy użyciu mózgu, a następnie wymuszenie jej sprawdzenia na wychowawcy, mamie lub wuju. Chyba, że chcecie w dniu egzaminu mieć niespodziankę. Na przykład brak arkusza lub waszego nazwiska na liście piszących. I koniecznie zaznaczcie na owej deklaracji okienko, że wyrażacie zgodę na pobranie danych z KReM, żeby nie mieć później problemu z wgrywaniem świadectwa dojrzałości do systemu rekrutacyjnego waszej przyszłej szkoły.

DWADZIEŚCIA LAT NIEPEWNOŚCI
Gdy uporacie się z okropnym egzaminem dojrzałości, pozwalam się napić. Tylko z umiarem, bo w połowie maja uniwersytety otwierają możliwość logowania się do systemów rekrutacyjnych (mój na UŚ nosi imię IRK) i zapisywania na wybrane kierunki. To dość zabawne, że można dołączyć nie znając jeszcze wyników Wielkiego Egzaminu, ale co ja tam wiem. Gdy już narobicie sobie sobie nadziei i wpłacicie w systemie opłaty rekrutacyjne (droga sprawa, przyjaciółka zapłaciła uniwersytetom półtora koła, bez kitu), możecie zająć się wiecznym czekaniem na zaksięgowanie ich i przejmowaniem się nie wiadomo czy zdaną maturą. Oczywiście możecie iść w moje ślady i zapłacić dopiero po otrzymaniu wyników, ale to trochę ryzykowne, bo z powodu przeciążeń hajs wlecze się niczym wasza ulubiona blogerka zdająca bieg na 800m. Gdy zapłacicie za wszystkie wybrane kierunki i piętnaście razy je zmienicie, bo wyniki matur okazały się niezadowalające, musicie zaczekać na godzinę zero - wyniki. Moje spóźniły się o pół godziny i byłam prze-ra-żo-na. Następnie zaczyna się prawdziwa zabawa, zwana kompletowaniem teczki.

TECZKI I WYCIECZKI
Teczka dziwną rzeczą jest, choć wygląda zwyczajnie. Najpierw oczywiście trzeba zrezygnować z batona nadzianego masłem orzechowym i przeznaczyć na nią cenną złotówkę. Potem trzeba pobrać wszystkie dokumenty, ankiety i inne śmieci, a także iść do fotografa i dać sobie zrobić okropne zdjęcia, w moim przypadku bez okularów.

NA MÓJ JEDYNY I NAJLEPSZY UNIWERSYTET ŚLĄSKI TECZKA MUSIAŁA ZAWIERAĆ:
- formularz z danymi osobowymi i zdjęciem (które uprzednio wpisaliście w system rekrutacyjny) wydrukowany ze strony uniwersytetu
- dwustronny inny papier (ankieta?) wydrukowany z tego samego miejsca
- kserokopię dowodu osobistego, na której zapewne będziecie wyglądać jak ludzie-widma
- kopię/odpis świadectwa dojrzałości
- dwa papierowe zdjęcia, te same, co wgraliście do systemu
- gumkę albo sznurek, żeby nic nie wypadło (hahaha, ten żart akurat mi się udał!)

Po skompletowaniu folderu sprawdzacie tylko godziny otwarcia dziekanatu i wsiadacie w autobusik, żeby wręczyć papiery pani dziekance/panu dziekanowi/wolontariuszowi, który siedzi tam i płacze nad swym losem. Kolejki są okropne, więc wcale nie odradzam wysłania dokumentów pocztą - bynajmniej nie zgubicie się po drodze (jak ja!), ani nie wpadniecie pod tramwaj (jak Berlioz w Mistrzu i Małgorzacie). Mając do dziekanatu jakieś 30 kilometrów jak ja do swojego, podróż może mieć jakiś sens - obejrzycie wydział i złapiecie nad ściekiem* wodne pokemony. W przypadku większej odległości sens jest znikomy - podróż i stanie w kolejce potrwa lata, a miasto i tak zwiedzicie przeprowadzając się do niego po kilku miesiącach.

*rzeczką Rawą, wybaczcie drobne niedopatrzenie

GRATULUJĘ, GRA SKOŃCZONA
Po złożeniu teczki dziekanatowy dyżurny wręczy wam decyzję przyjęcia na studia, poinstruuje, jak zalogować się do USOS-a (to taki studencki edziennik zawierający daty egzaminów i oceny z zaliczeń) i przekaże numer konta, na który trzeba wpłacić (w przypadku mojej uczelni 21 zł) za indeks i legitymację studencką. I koniec, do października macie wolne! Ja jadę zobaczyć polskie morze w nadmorskiej stolicy imprezy, a wy?

W końcówce jak zwykle zapraszam na moje wesołe social media, czyli fanpage (sherlygorczyk), Instagrama (sherlygorczyk) i Snapchata (uroczasherly, taka jestem kreatywna). Nie pożałujecie wizyt, zapewniam najlepszy kontent!

I wcale nie zalewam się łzami, ani nie mieszam się w niebezpieczne nałogi pokroju zażywania mefedronu i wciągania koksu przez (przywieziony na pamiątkę z Londynu) banknot pięciofuntowy.

ALE CZYM WŁAŚCIWIE JEST SEE BLOGGERS?
Największe blogerskie wydarzenie w Polsce, które w tym roku odbywa się już czwarty raz. Tym razem zapisani blogerzy spotykają się 23-24 lipca w gdyńskim Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym. Samo spotkanie jest pod patronatem miliarda firm, można na nim spotkać znanych blogerów, twórców z Youtube i wszelkiej maści ludzi internetu. Organizatorzy oferują 9 tematycznych stref, które mają obfitować w interesujące prelekcje, warsztaty i znających się na rzeczy prelegentów. Normalnie żyć nie umierać! Można nawet zabrać ze sobą żonę, chłopaka lub kuzyna. Albo kupić sobie piwo i wypić je ze swoim ulubionym internetowym twórcą. Raj dla piszących, nie sądzicie?


JEST IMPREZĄ BEZE MNIE...
Na początku maja wszyscy chętni zostali poproszeni o wypełnienie kwestionariusza potencjalnego uczestnika. Polegało to na podaniu personaliów i linków do profilów prowadzonych w social mediach, więc bez problemu, grzecznie go wypełniłam i odesłałam organizatorom. Wtedy rozpoczęło się wielkie czekanie, które trwało przez dwa najdłuższe majowe tygodnie, jakie udało mi się w marnym, dziewiętnastoletnim życiu przeżyć. W dzień dziecka rozesłano wiadomości zwrotne, potwierdzające zapisanie chętnego adresata na See Bloggers. Znalazła się również jedna do mnie, kulturalnie informująca o braku miejsca dla Lajfstajlu na owym złotym, elitarnym spotkaniu. Było mi smutno i na parę godzin obraziłam się na życie, bo po raz pierwszy tak wyraźnie dano mi odczuć, że jestem tylko małą cegiełką, która tworzy ten ogromny, blogerski przybytek. Ale dobrze, że zajmujący się zapisami ktoś zrobił to teraz. Lepiej upaść z wieżowca na twarz jak najwcześniej, bo młodszym i mniej doświadczonym o wiele szybciej goją się rany. Młodzi są bardziej plastyczni i łatwiejsi w obróbce, dlatego też powinno się ich dobrze pokierować, w razie potrzeby (jak w moim przypadku) batem lub kijem do bejsbola.

...CO MOGĘ ZAWDZIĘCZAĆ JEDYNIE SAMEJ SOBIE
Za dwa lata, gdy Lajfstajl byłby przypadkiem trochę bardziej popularny (bo przecież rozpoznawalność przychodzi z czasem), bolałoby to pewnie znacznie bardziej - włożonej bloga pracy byłoby przecież jeszcze więcej. Może po prostu los zaplanował, że będzie mi dane pojechać do Gdyni dopiero za rok, gdy będę miała do przekazania więcej, bardziej wartościowych słów? A może zwyczajnie 800 osób, które się dostało, reprezentuje o wiele wyższy poziom i chciano kopnąć mnie w cztery litery na zachętę, żebym wreszcie zabrała się do pracy i dopilnowała systematyczności i odpowiedniej promocji bloga? Organizatorzy na pewno nie zmówili się przeciwko mnie i nie mieli na myśli tego, że Lajfstajl jest bezwartościowy. Po prostu dostałam w twarz za gigantyczny przestój. W tym biznesie nikogo nie obchodzą moje imprezy i matury - jestem kreatorem treści, więc moim głównym zajęciem jest pisanie. Nie od święta - na poważnie, z ambicją, na co dzień. Cierpienie na przerost ego trzeba jak najszybciej zagłuszyć i wziąć się za pracę. Szczególnie gdy stoi się u progu najdłuższych wakacji życia. Osiadanie na laurach się zwyczajnie nie opłaca. Zwłaszcza, gdy owych laurów nie ma, bo wcale nie odpowiada się popularnością Jasonowi Huntowi czy Andrzejowi Tucholskiemu.

ALE ŚWIAT SIĘ NA TYM NIE KOŃCZY
Bo do 13 czerwca trwa dodatkowy nabór. A gdy chcę, to potrafię - nie byłabym sobą, gdybym nie zgłosiła kandydatury ponownie. A nóż-widelec załapię się do szczęśliwej czterdziestki? Jeśli jednak kolejny raz mi się nie uda, nie mam zamiaru obrażać się i płakać, bo silne kobiety nie ronią łez nawet, gdy w Zielonej mili Percy zabija Pana Dzwoneczka. Zapisy na See Bloggers są taką małą szkołą życia dla nie do końca doświadczonych w branży, młodych twórców. Skutecznie uczą tego, że świat nie zawsze działa na naszą korzyść. Że nie żyjemy w uniwersum Harry'ego Pottera, w którym wypowiedzenie magicznego zaklęcia jest kluczem do osiągnięcia wszystkiego, co chcielibyśmy mieć. W prawdziwym życiu trzeba zacząć działać, bo nic samo do nas nie przyjdzie. Sukcesy nie leżą porzucone na ulicy, ani nie są dostępne do adopcji w schronisku. Kluczem jest systematyczna praca, a ja mam zamiar solidnie pracować, dopóki nie usłyszę, że tego lata widzimy się w Gdyni.

Jeśli się dostałeś/nie dostałeś/życzysz mi szczęścia w dogrywce/po prostu jesteś super, polub mojego fanpage. Możesz też zajrzeć na Instagrama i Snapchata (uroczasherly).

Najpopularniejszy wpis na tym blogu jest zdecydowanie przeciwny Snapchatowi. A tymczasem ja ponownie zainstalowałam aplikację.

Macie rację, zaraz będę podważać własne poglądy. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że ów post o nienawiści do Snapchata powstał ponad rok temu, gdy Lajfstajl był niszową witryną i miał pięćdziesiąt polubień na Facebooku. Bo właściwie Snapchat jest bardzo sensowny, a używanie go ma wiele plusów. I że też ja o tym mówię!

SPRZĘT MA ZNACZENIE
Z łezką w oku wspominam mój plastikowy, biały pseudosmartfon firmy Alcatel. Pięciomegapikselowy aparat doskonale dawał radę z fotografowaniem frytek z McDonald's i świątecznych choinek, gorzej było jednak z obsługą wszelkich aplikacji. Półrdzeniowy procesor z ociąganiem obsługiwał Snapchata, system bez przerwy się zacinał, ikonka aparatu znikała, a aplikacja co trzy sekundy samoistnie się wyłączała. Domyślacie się, że użytkowanie telefonu było niemiłosiernie denerwujące, sprzęt zniechęcał nawet do sprawdzania na nim godziny. W wielkim skrócie był jak krzesło elektryczne, najzwyczajniej nieprzyjazny. Po śmierci owego telefonu (podczas grania w skaczącą galaretkę na jednej z nudnych lekcji historii nieszczęśliwie upadł pod stół) i nabyciu LG z najnowszego sortu, moje życie od razu stało się łatwiejsze. Wreszcie mogłam słuchać muzyki i przeglądać Facebooka, jednocześnie mając w tle trzy otwarte gry. Po jakimś czasie ponownie zainstalowałam Snapchata i wszystko działało bez zarzutu. Pamiętajcie, że nowy Android jest najlepszym przyjacielem aplikacji, o której mowa. Komfort korzystania ze starszych wersji systemu nie umywa się do nowej piątki. Obsługa Snapchata wygląda zwyczajnie żałośnie, zaufajcie mi.

POKAZUJĘ TYLE, ILE CHCĘ
I dodaję na Mystory tylko te zdjęcia, które mogą wnieść coś do waszego życia. Na przykład ostatnio pochwaliłam się czterema wygranymi Żubrami. Mogę przebierać w udostępnianych materiałach jak tylko chcę i bardzo mi to odpowiada. Czekam w kolejce do lekarza? Nikogo to nie interesuje, więc nie będę udostępniać. No, może wyślę Kasi prywatnego snapa, żeby mogła mnie uratować. Czytam najciekawszą książkę świata o czwartej nad ranem? O, to może się wam spodobać, więc pokuszę się o publiczne dodanie. Dowolnie dysponuję dodawanym kontentem, co równa się temu, że mogę dowolnie kreować w sieci obraz swojej osoby. Jeśli będę miała ochotę, będę uchodzić... Możliwości jest masa i za to właśnie lubię social media - mogę się pokazać z najlepszej posiadanej strony. Oczywiście nigdy nie tworzę fałszywego obrazu siebie, bo to kretyńskie. Ja jedynie wycinam te złe i wstydliwe epizody. Dlaczego nie odkryłam tej magicznej funkcji wcześniej?

PODGLĄDAM BLOGERÓW I ZNAJOMYCH
Wiem, co Ola jadła na śniadanie i jakie buty założyła wychodząc na miasto. Ostatnio oglądając nagrania pewnej blogerki zwiedziłam niezły kawałek własnego miasta. Bezkarnie zaglądam do waszych kubków z kawą, zawsze wiem, jakie seriale oglądacie wieczorem. Słucham o tym, jak to jest być Au Pair w Hiszpanii. Dobrze wiecie, co mam na myśli - zwyczajny fakt, że raduję swój dziennikarski zmysł, który zawsze chce być wszystkowiedzący. Podglądanie cudzego życia to, moim zdaniem, największa zaleta Snapchata. Jestem okropna, ale nie rozumiem, jak zaglądanie do lajfstajli znajomych może was nudzić. No, też kiedyś uważałam podglądanie za głupotę i stratę czasu, ale co z tego, przecież mam wakacje i nadmiar wolnego czasu.

MAM Z WAMI LEPSZY KONTAKT
Co najważniejsze, wy podglądacie mnie i ja podglądam was. Wszyscy jesteśmy zadowoleni wiedząc, co się dzieje u nas nawzajem. Wiecie, że żyję, a ja wiem, że czytacie. Przecież lepiej być nie może, ta aplikacja niesamowicie ułatwia wirtualne kontakty międzyludzkie. W każdej chwili możemy się na dziesięć sekund zobaczyć i  pokazać drugiej osobie coś ciekawego. Albo zapytać o radę, czy mamy dziś ładne brwi. Nie mówcie tylko teraz, że Snapchat jest głupi i napędza jedynie przemysł pornograficzny, bo to ogromne uogólnienie. Serio, i mówi wam to osoba, która kiedyś poważnie aplikacją pogardzała.

Jeśli również czasem przekonujesz się do znienawidzonych rzeczy lub po prostu mnie polubiłeś, trzaśnij mi lajka na Fejsbuku i dodaj na Snapchacie użytkownika uroczasherly.

Bardzo lubię juwenalia, bo i koncerty są darmowe i ludzie ciekawi, ale jestem zła i podła, więc każdej możliwej zbiorowości mam coś do zarzucenia. Towarzystwu z katowickich spędów również.

Juwenalia są przyjazne i postaram się udowodnić tę tezę odpowiednimi argumentami! Ojej, wybaczcie, czyli już nie jestem w szkole? Faktycznie, przecież wczoraj, w czwartek, bawiłam się na Muchowcu prawie do pierwszej w nocy. Poznałam dwóch ciekawych panów, pochwalono moje tanie wino, spotkałam znajomych. Odkryłam też, że katowicki dworzec autobusowy jest pod ziemią. Dwukrotnie zgubiłam się w tym ogromnym, jednocześnie mi bliskim i odległym, mieście. Usłyszałam, że jestem ładna i wygadana jednocześnie. I, co najważniejsze, dotarłam na koncert happysadu, na którym tak mi zależało. Nawet dostałam (chyba w nagrodę za przepychanie się do darmowego juwenaliobusu) na żywo moje trzy ulubione piosenki. Mogę już umierać. Chociaż chwileczkę, przecież jutro też są koncerty i nie może mnie na nich zabraknąć!

Mówiłam coś w temacie, że juwenalia to miłe spędy? Zapomniałam o wyjątkach stanowiących zagrożenie dla każdego, który liczy na kulturalną zabawę.

ANONIMOWI PALACZE
Jako osoba uzależniona od żucia gum i kremowania dłoni, bardzo dobrze rozumiem nałogowców. Wiem, że jeśli jesteś uzależniony od nikotyny, musisz raz na parę godzin odpalić papieroska. Ale litości, koncert rzadko trwa dłużej niż potencjalna sztuka w teatrze, podczas której przecież grzecznie siedzisz na krzesełku i oglądasz. Stojąc w tłumie z fajką możesz zostać popchnięty i wycelować komuś owym petem w oko. Pomyślałeś kiedyś o tym, jakie rozprawy sądowe są nudne i kosztowne? Nadal jesteś pewien, że warto ryzykować czyjeś zdrowie lub nawet życie dla zapalenia w ścisku pod sceną? Jeśli koniecznie musisz, zawsze możesz przejść do tyłu, gdzie nie stwarzasz zagrożenia dla bawiących się na koncercie.

SNAPCHATOWI REŻYSERZY
Nie trawię, nie znoszę i pomimo częstego używania social mediów chyba nigdy nie zrozumiem. Stoi sobie przede mną taki pan podobny do wieżowca, przytrzymuje kółeczko widniejące na ekranie i machą tą Sony Xperią Z lub Samsungiem Galaxy S4 jak poparzony! I macha, i macha, a ja balansuję za nim próbując dojrzeć kawałek bluzy wokalisty akurat grającego zespołu. Doskonale rozumiem reżyserskie zapędy, bo sama mam pisarskie, ale obserwatorzy pana-wieżowca wcale nie umrą bez godzinnej relacji z występu, w tym przypadku, happysadu. Mógłby litościwy pan schować komóreczkę i zrobić małej Sherly przysługę widzenia sceny. Sama mogłam coś wam wczoraj nagrać, ale dobrze wiem, że osoba stojąca za mną też chciała pooglądać koncert, przecież w tym celu przyszła. Aż tak podła nie jestem, może ten ktoś bardzo lubi happysad i przyjechał z daleka?

WYLEWNE JAROSŁAWY
Wyobraź sobie sytuację, że czekając na koncert kulturalnie siadasz z przyjaciółką na trawce i podchodzi do was dwóch przemiłych panów w wieku trochę ponadstudenckim. Grzecznie dosiadają się, przedstawiają. Jeden z nich, podobnie jak ja, zdawał rozszerzoną historię, drugi uwielbia Gombrowicza i wykrzykuje pochwały na temat ukochanego Ferdydurke. Rozmowa się klei, jest milutko i można tak siedzieć w nieskończoność. W tym momencie jednemu z nich uderza do głowy nadmiar wypitej wódki i zaczyna zabierać się za uwodzenie. Trzykrotnie pyta, ile mam lat, bełkotliwie rzuca komplementami, próbuje łapać za rączkę. Zleciłam owemu, żeby przeszedł się do sklepu, bo na pewno czegoś potrzebuje. Na szczęście złapał przynętę i łatwo dał się zgubić. Morał z tej opowieści jest krótki i niektórym znany - nie plątajcie się w dziwne znajomości, bo pijani ludzie są niebezpieczni i wcale nie śmieszni. Uważajcie na takich Jareczków, bo jeszcze zabiorą was na wycieczkę po Kato i mama w domu będzie się martwiła!

Jeśli bawiłeś się wczoraj w Kato i widziałeś kawałek mojego tyłka siedzącego na trawie, rzuć na Fejsie małym lajkiem. Jeśli nie, też to zrób, ale za karę musisz również dodać na Snapchacie użytkownika uroczasherly.

I żaden nauczyciel ci tego nie powie z prostego powodu - bo na nowej maturze zawsze siedział po stronie komisji, nigdy zdającego.

Po trzystu latach absencji Lajfstajl powraca z tematem na czasie, bo przecież ustne się jeszcze nie skończyły. Ja akurat mam szczęście i ostatni tego typu egzamin zdawałam w środę. Teraz podzielę się z wami doświadczeniami, bo was kocham i się troszczę, również chce żebyście poszli na ustne matury po ludzku przygotowani. Po raz pierwszy, jako doradca, mam przewagę nad starszymi (w końcu to ja znam nową maturę z autopsji, nie oni) i czuję się super ważna niczym dyrektor wielkiej firmy. Jeśli będę dyrektorzyć, zignorujcie to. Ewentualnie pośmiejcie się i zignorujcie. Uprzedzam, że z Lajfstajlu nie dowiecie się, jak owe matury wyglądają. Informacje można znaleźć na stronie CKE, której zawartości nie będę kopiować, bo pójdę do więzienia, a została mi do napisania jeszcze rozszerzona historia. 

ZAPRZYJAŹNIJ SIĘ Z EGZAMINATOREM
Oczywistą oczywistością jest, że polonista lub anglista zasiadający w komisji to zawsze ten, z którym nie masz lekcji. Zapewne kojarzysz go z korytarza lub pojedynczych zastępstw, ale on nie zna cię ni cholery. Zupełnie nie ogarniam technik podrywu, ale gdy już dowiesz się, które nazwisko cię egzaminuje, polecam jakoś podbić i zagadać. Gdybym była w podobnej sytuacji, pewnie nie miałabym odwagi, ale szczęściarzami ludzie się rodzą i moja klasa wylosowała kobietę, która uczyła polskiego moją gimnazjalną klasę. Logiczne jest, że wygodniej rozmawia się z kimś choć trochę znajomym i o wiele lepiej jest być Andrzejem niż panem. Nie znam bardziej stresogennego zwrotu niż proszę pana użytego do dziewiętnastoletniej osoby, serio. W internecie jest masa zwrotów na zagadanie, polecam gorąco, nowi koledzy zawsze są w cenie.

WEŹ SWÓJ DŁUGOPIS
Mówię serio, na ustnym polskim to jest ważne (bo na angielskim niczego się nie pisze). Chyba, że jesteś pewien egzaminowania przez psychopatów, którzy ci go wyrzucą twierdząc, że łamiesz procedury. Posiadanie czegoś swojego sprawia, że czujesz się trochę pewniej. Chyba, tak naprawdę nie wiem, bo rzadko pracuję cudzymi rzeczami. Zwłaszcza, że cwani egzaminatorzy mogą podłożyć długopis, mający cechy przez ciebie niepożądane (ja na przykład bardzo nie lubię cienkich wkładów) i cały czas będziesz o tym myśleć układając konspekt. I się nie skupisz, a tak być nie może, bo przecież każda sekunda się liczy.

NIE PRZYCHODŹ ZA WCZEŚNIE
Wiem, co mówią nauczyciele, ale w tym przypadku pozwalam ci ich nie słuchać. Polecam przyjść maksymalnie dwadzieścia minut przed godziną, którą masz na rozpisce. Może się zdarzyć, że wejdziesz wcześniej, ale podobne przesunięcia zdarzają się raczej w drugą stronę, jak w przypadku moich wyników z polskiego, które spóźniły się o piętnaście minut. Przychodzenie za wcześnie ma same minusy - wszyscy oczekujący, zdenerwowani jak cholera cały czas mówią tylko o tym, że im niedobrze, zaraz zemdleją, a temat to życzyliby sobie ikonograficzny, bo nad językowym się popłaczą. Słuchanie podobnych wywodów może podnieść twój umiarkowany stres do rangi półgodzinnego stanu lękowego. A nóż widelec, czekając pod salą ktoś ci przypomni, że nie pamiętasz nazwisk wszystkich bohaterów Ferdydurke i się tragicznie przerazisz, że nie zdasz...

ZASPOKÓJ WSZYSTKIE POTRZEBY PRZED WEJŚCIEM
Tak jak mówiłam, każda sekunda ma wartość, więc nie możesz pozwolić sobie na dekoncentrację., zwłaszcza przez arcygłupie głupoty. Na litość boską, zrób coś z faktem, żeby podczas pisania konspektu z polskiego lub podczas rozmowy na angielskim nie skupiać się na tym, że masz ochotę na fajkę, blanta z haszem lub działkę hery. Po  prostu zażyj niezbędne rzeczy przed wejściem na salę. Z podobnych powodów przypominam też o pójściu siku i zjedzeniu czegoś. Osobiście powiem, że ja, człowiek na granicy nerwicy natręctw, zapomniałam pokremować ręce przed ustnym polskim. Wiecie, co to za paskudne uczucie? I oczywiście przez połowę czasu przeznaczonego na pisanie konspektu myślałam o moich suchych dłoniach, no geniusz.

MUSISZ MYŚLEĆ LOGICZNIE
Wchodząc na egzamin z angielskiego nie idź moim tropem i nie mów dzień dobry jak wieśniak. Egzamin odbywa się w języku angielskim, więc najlepiej przywitać się good morning, ewentualnie good afternoon, jeśli pytają cię po godzinie dwunastej. Jestem pomocna, wiem. Co byś zrobił beze mnie?

Jeśli w przyszłości chcecie otrzymać więcej złotych porad, polecam zalajkowanie Lajfstajlu na fejsie. Możecie również dodać uroczasherly na snapchacie, bo wesołej prywaty nigdy nie jest za dużo, prawda?