W sto pierwszym wpisie objawiam wam tajemnicę, która przez półtora roku była przeze mnie pilnie strzeżona. Serio, nikomu jeszcze nie przedstawiałam sposobu ani kolejności moich tekstotwórczych działań, nawet mamie!

Nie wierzę własnym oczom ogarniającym statystyki i czterem palcom, które od lat służą mi do pomykania po klawiaturze. Pomiędzy 5 lutego 2015 a 9 września 2016 napisałam na blogu równe sto tekstów. Jako że setnego porządnie nie uczciłam, bo miałam wielką ochotę na tekst o wakacjach, specjalnym będzie sto pierwszy. Dziś dowiecie się, jak powstało sto artykułów, które już znacie i jak powstanie zapewne kolejna setka. Szampana do kieliszków już polałam, ale wybaczcie, że było mnie stać jedynie na Bajkał - przy okazji nadmienię, że na żadnym z postów nie zarobiłam ani złotówki. No, zapraszam, zapraszam.

KIEDYŚ:

NA POCZĄTKU BYŁ CHAOS
Na pewno wiecie, że Lajfstajl nie jest moim pierwszym blogowym przedsięwzięciem. Na przełomie drugiej i trzeciej klasy gimnazjum prowadziłam pewną uroczą witrynę, która niewiele wnosiła do życia potencjalnych czytelników. Była skupiskiem bezużytecznych informacji z mojego średnio ciekawego wówczas życia - w końcu nie byłam znaną podróżniczką, jedynie posiadaczką dwóch koleżanek i piątki z polskiego. Pisałam o tym, że w szkole na wuefie robiliśmy przewroty, że pani z matematyki znowu zadała do domu cztery zadania i że w sobotę do wieczora siedziałam w internecie. Rozpisywałam owe przemyślenia na miliony zdań, co dawało efekt niekończącego się pustosłowia. Niefajnie i mało przyszłościowo, ja wiem.

I KILOMETROWE AKAPITY
Oczywiste jest, że z gimnazjalnego bloga przyniosłam tu kilka strasznych zwyczajów. Bez bicia przyznam się do kilometrowych akapitów bez nagłówków i do dodawania nonsensownych obrazków, które miały niewiele wspólnego z treścią posta. Tak smutno wyglądały tu moje początki, ale śledzenie paru blogów na naprawdę wysokim poziomie pomogło mi doprowadzić formę postów do aktualnej, czyli tak zwanej czytelnej. Jak było i jak jest teraz, każdy widzi, przejdźmy więc do tego, jak krok po kroku te wpisy powstają. Bo kiedyś tu na przykład pisałam zupełnie bez planu (to dziwne, ale całkiem się dało) i nie mam o tym zbyt wiele, szczerze mówiąc, do powiedzenia. Poza tym, że to była cholerna głupota, bo teksty były chaotyczne i zawierały setki powtórzeń.  A jeśli bardzo chcecie poczytać owe archiwalne dzieła, przeskoczcie strzałkami u dołu strony w okolice lutego-maja zeszłego roku.

TERAZ:

POMYSŁ
Czas na odkrycie godne Kolumba - bez pomysłu trudno o napisanie treściwego artykułu. Jeśli idea jest za mało precyzyjna i chaotyczna, sprawa wygląda podobnie - trzy czwarte tekstu będzie pustosłowiem i w końcu zaplączecie się w tym, co mieliście do przekazania. Osobiście sądzę, że najlepsze idee biorą się z codzienności, ewentualnie przychodzą same podczas kąpieli. Polecam podsłuchiwanie rozmów w komunikacji miejskiej i obserwowanie ludzi na festiwalach. Pierwsze bardzo doceniłam po rozpierniczeniu wejścia słuchawkowego w telefonie (słucham rozmów w tramwajach już od dwóch miesięcy i są o wiele ciekawsze od słuchania nowej płyty Skillet siedemnasty raz), drugie po napisaniu niezłego tekstu o zachowaniu studentów (i nie tylko) na juwenaliach, bo zorientowałam się że wystarczyło dojechać do Katowic i tekst powstał praktycznie sam.

TYTUŁ
Procedura twórcza zawsze wygląda tu identycznie. Zanim zabiorę się do pisania tekstu, wymyślam mu chwytliwy, treściwy, a najlepiej posiadający-wszystkie-te-cechy-na-raz tytuł. Rozpoczęcie artykułu właśnie od nagłówka to samo dobro - tytuł jest skompresowanym pomysłem, który sformułowany przed zaczęciem pisania będzie trzymał wpis w ryzach i nie pozwoli na nadmierne skakanie między tematami. Więc zaprawdę powiadam wam, najpierw formułujemy tytuł, a dopiero następnie zaczynamy się bawić w pisanie. Bo chaotyczne i mało treściwe wpisy to samo zło, chyba mówiłam o tym w powyższym akapicie.

OBRAZ
Jako mistrzyni zostawiania najlepszego na koniec, po sformułowaniu tytułu mam do wykonania jeszcze jedno przedpisarskie zadanie. Zgadliście, to znalezienie zdjęcia lub grafiki (żartowałam, akceptuję tylko fotografie), które przyciągną tłumy. Odnośnie obrazu mam jedno główne kryterium wyboru - lubię, gdy jego autorem nie jest Karolina Górczyk, bo kontent musi być dobry, a ta kobieta jest gorszym fotografem niż pięciolatek biegający z telefonem mamy. Dlatego upodobałam sobie banki zdjęć, głównie korzystam z tego i tego.

TEKST
Jedno zdanie, dwa zdania, trzy zdania. Akapit, trzy akapity, i czwarty. Dwieście słów, pięćset słów... Do pisania używamy klawiatury i palców u rąk, a jeśli nie przeszkadzamy sobie zbyt często, procedura twórcza trwa jakieś półtorej godziny. W moim przypadku zdarzają się i trzy dni, bo zawsze po otwarciu edytora tekstu lubię posprawdzać powiadomienia z Facebooka, poklikać z kanapką w ręce i pomalować paznokcie stóp na klawiaturze. Poza tym dobrze wiecie, że jestem samozwańczą mistrzynią prokrastynacji i ikoną bezproduktywności.

KOREKTA I KOSMETYKA
Czyli autorska poprawa wszystkich błędów gramatycznych, stylistycznych, fleksyjnych, ortograficznych, interpunkcyjnych i tych wynikających z mej postępującej głupoty. Oczywiście mam na myśli tę ich część, o której istnieniu mam pojęcie, bo wiadomka, że nie jestem chodzącym słownikiem. Jeszcze nie jestem, dlatego tymczasowo sprawdzam po sobie bloggerowym korektorem pisowni. O, zapomniałam o kolorach. Na samym końcu jeszcze domalowuję niebieskie tytuły akapitów i pogrubiam najważniejsze informacje. No i nagle zdaję sobie sprawę, że wszystko...

PUBLIKACJA
...jest dokończone, sprawdzone i wycałowane, więc czas na kliknięcie pomarańczowego pudełka z napisem Opublikuj i wysłanie dzieła sztuki w świat. Niech się sypią komentarze!

A na końcu zapytam szczerze: naprawdę spodziewaliście się, że w przygotowywaniu moich tekstów tkwi tajemnica godna komnaty Salazara Slytherina? Chyba niespodzianka, bo to wcale nie jest skomplikowane, a jedynie cholernie czasochłonne. Ale jeśli się coś bardzo lubi, czasem można iść spać o czwartej nad ranem. Zwłaszcza, gdy ma się takich fajnych czytelników jak wy. Siedźcie tu do końca internetów i jeden dzień dłużej!

Jeśli czekacie na kolejne sto postów, o których wspomniałam we wstępie, zapraszam do polubienia fanpage (sherlygorczyk), żeby żaden z tekstów was nie ominął. Tradycyjnie wskoczcie również na Insta (sherlygorczyk) i Snapchata (uroczasherly), żeby zobaczyć, jakie piękne momenty można uchwycić pięcioma megapikselami.

Jako że spędziłam w Mielnie kawałek tegorocznych wakacji pomyślałam, że podzielę się paroma spostrzeżeniami na temat urlopu nad morzem. Fajnie, nie?

Studenckie wakacje trwają jeszcze w najlepsze, więc wcale nie czuję się skrępowana gadając we wrześniu o morzu. Może w zeszłym roku miałabym jeszcze taki problem, bo najzwyczajniej chodziłam już do... O mamo, ale uczniowie mnie znielubią za to chamskie przypominanie o szkole! Przejdźmy do sedna, zanim wszyscy klikniecie magiczny X w prawym górnym rogu ekranu. Pomiędzy 12 a 20 sierpnia pomieszkiwałam sobie w Mielnie, więc teraz przedstawię 6 informacji, które pomogą wam przeżyć nad morzem. Gotowi?

WSZĘDZIE JEST PIASEK
Musicie o tym pamiętać, bo w końcu Mielno leży nad morzem, a każde morze ma swoją plażę. Z piaskiem nie wygracie, po kilku dniach spędzonych na wybrzeżu i tak będziecie mieli go wszędzie. Ja na przykład po jednym z wyjść na plażę wysypałam dość dużą kupkę piasku zza obudowy telefonu. A po innym ze stanika od bikini. A po kolejnym z klapek, z których teoretycznie wszystko powinno wysypać się samo. Usuwanie cholernego piasku z łóżka stało się półgodzinną zabawą z miotełką do podłogi, a znowu [tu wstaw dowolny wulgaryzm] piasek! nieoficjalnym hasłem wycieczki. Powrót do domu przypieczętowałam natomiast wysypaniem kilograma piasku z torebki, prawie zatykając korek w kabinie. Prosto, prościej, najprościej - nie kładźcie się do łóżka od razu po powrocie z plaży, bo będzie trzeba interwencji koparki. I nie bierzcie telefonu na plażę, bo i tak się nie przyda, a możecie sobie go zasypać na amen.

NA 99% ZAMIESZKACIE NA WSI
Bo po pierwsze, na wybrzeżu (jak zresztą w każdej części Polski, cicho) jest o wiele więcej wiosek niż miast. Z drugiej strony - cena wynajmu domku lub pokoju rośnie wraz z rozmiarem i zatłoczeniem wybranej gminy. A dwustuosobową wieś, taką jak zamieszkiwane przez nas Mielenko (w województwie zachodniopomorskim, po sąsiedzku z tym większym, imprezowym Mielnem), wiadomo z czym kojarzyć. Z dwoma monopolowymi, w których okazyjnie można nabyć suchą bułkę za złotówkę, wielkimi polami i jedną (drogą, że aż boli) restauracją. Najbliższy pełnowymiarowy sklep znajduje się oczywiście trzy kilometry od ośrodka i w dodatku trzeba teleportować się do niego piechotą, bo na jedyny wiejski przystanek PKS jest półtora kilometra w zupełnie innym kierunku. Żeby mieć kontakt z jakąkolwiek cywilizacją i ograniczyć zamawianie jedzenia na telefon, wypada codziennie zrobić czterogodzinną wycieczkę, bo na krócej zwyczajnie nie opłaca się wychodzić. Zakupy robi się za dwie stówy, raz na trzy dni i wiezie owe trzy kilometry w biedronkowym wózku, bo supermarket jest tak niewygodnie daleko. Reasumując, wybrzeże to wsie i jedna wielka piesza wycieczka. Polecam poza sandałami wziąć też inne buty, bo sześć kilometrów to trochę jednak odległość.

KEBABY STANĄ SIĘ WASZYMI PRZYJACIÓŁMI
Głównie z tego powodu, że są tanie, pożywne i można je zjeść niemal wszędzie. Zdarzył mi się nawet dzień, którego wcisnęłam w siebie dwa. Pamiętajcie o nich, mogą wam naprawdę uratować życie, gdy nie macie już pieniędzy na rybkę ze smażalni, a frytki wam się przejedzą. Tymczasem bardzo chętnie poleciłabym wam oryginalny, turecki lokal, w którym jadaliśmy w Mielnie, ale zapomniałam nazwy ulicy, a Google Street View nie pomaga ani trochę.

BEZ OPŁATY KLIMATYCZNEJ NIE MA POGODY
Mówię serio! Przez pierwsze pięć dni pogoda była optymalnie rąbnięta. Każdego ranka, gdy wychodziłam przed domek w celu obadania temperatury, słońce grzało jak nienormalne, więc z reguły decydowałam się na sukienkę na ramiączkach. Po godzinie, kiedy wszyscy już byli gotowi do wyjścia, pogoda diametralnie się zmieniała - musiałam wracać po kurtkę, bo tak strasznie wiało. Po przejściu trzech osławionych kilometrów z Mielenka do Mielna wiatr się uspokajał i robiło się gorąco jak z rana. A potem zimno. A potem ciepło. A potem jeszcze zaczynało padać. Aż do momentu złożenia przez nas opłaty klimatycznej, którą wymógł na nas właściciel agroturystyki. Dwa dni przed wyjazdem pogoda zrobiła się przepiękna i nawet udało się wypić piwo marki Żubr przy zachodzie słońca. Oczywiście cała wycieczka uznała, że korzystna zmiana pogody miała ścisły związek z powyższą opłatą. Kolejna porada - zapłaćcie ten pieniądz zawczasu, może wiatr będzie żartował z was trochę mniej.

WYDACIE MILION DOLARÓW NA AUTOMATY DO GIER
Wszyscy dobrze wiemy, że życie jest podłe. Zawsze mamy ochotę na kanapkę akurat, gdy w domu nie ma chleba, autobus zawsze odjeżdża przed czasem, jeśli biegniemy na niego spóźnieni, a gdy mamy ograniczoną ilość pieniędzy, automaty do gier zaczynają pojawiać się na każdym kroku. Zwłaszcza w kurortach, bo trzeba jakoś zabawić znudzone plażingiem społeczeństwo, prawda? Doskonale zdaję sobie sprawę ze swojego wieku i poziomu rozwoju psychicznego, ale nadal nie potrafię przejść obojętnie obok stołu do gry w cymbergaja. Jeśli znajdę pięć złotych na trzy gry pod rząd, jestem najszczęśliwszą blogerką na świecie. W ten sposób w ciągu tygodnia przegrałam jakieś dwie dychy. Chciałabym również nadmienić, że na każdą grę składaliśmy się po połowie! Jeśli macie podobny problem - odłóżcie sobie dodatkową kasę, żebyście nie musieli wybierać między tymi genialnymi grami a bułką na kolację.

KONIECZNIE MUSICIE IŚĆ DO KLUBU
Piszę wam o tym z jednego, bardzo osobistego powodu. Jadąc do Mielna byłam niesamowicie nastawiona na takie wyjście. Naczytałam się miliarda opinii o osławionych, mieleńskich klubach - Bajce i Disco Plazie, a do walizki spakowałam ulubioną małą czarną, która obskoczyła ze mną wszystkie zeszłoroczne osiemnastki. I wiecie kto nie poszedł do żadnego klubu? Ja. A kto z całej wycieczki najbardziej chciał tam pójść? Ja. Dlatego szukam kogoś, kto będzie kontynuował moją imprezowo-klubową tradycję, bo czuję się już na to chyba odrobinę za stara. Tylko uwaga, bo cena piwa w takiej Bajce dochodzi nawet do dwunastu złotych.

Poza zapłaceniem opłaty klimatycznej w terminie, smacznym kebabem i tanim piwkiem w klubie, życzę wam jeszcze, żebyście tak jak ja nie mieli internetu przez praktycznie cały tydzień. Ale się do was z tej wycieczki nagadałam!

A teraz zapraszam na fanpage Lajfstajlu (sherlygorczyk), żebyście nie pominęli żadnych nowości, na Instagrama (sherlygorczyk), gdzie jest nawet parę zdjęć z wyjazdu do Mielna i na Snapchata (uroczasherly), na którym... no... są różne fajne rzeczy!

Byłam, widziałam i rekrutowałam, więc teraz chciałabym przygotować na tę świetną zabawę młodsze roczniki. Tylko uwaga, bo zasady gry są bardziej skomplikowane, niż myślicie!

Jakieś dwa tygodnie temu zakończyłam wszystkie procedury związane z rekrutacją na studia. No, tak mi się wydaje. W końcu na dnie szafki chowam już potwierdzenie przyjęcia, a w dziekanacie nabyłam umiejętność logowania się na USOS. Z okazji oficjalnego zostania studentką Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej (na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, zapraszam do odwiedzin) przeprowadzę was przez cały tok postępowania rekrutacyjnego, bo dobry i pomocny ze mnie człowiek. Informacje na stronach uniwersytetów bywają czasem tak niezrozumiałe, że uwierzcie mi, ten poradnik ma przyszłość.

(uprzedzam, że poradnik nie zawiera dat, bo każdy uniwersytet, ba, nawet wydział, ustala je po swojemu)

NAJPIERW MUSISZ MIEĆ MATURĘ
Serio stara? Co ty nie powiesz! Pewnie niesamowicie was to bawi, ale papierkową robotę związaną z maturą również można schrzanić. Zacznijmy od tego, że zanim zdecydujecie się na pisanie konkretnych rozszerzeń, polecam przewertować strony uniwersytetów w celu sprawdzenia, jakie przedmioty mają znaczenie przy rekrutacji na wasze wymarzone kierunki. Po co męczyć się nad rozszerzoną geografią, skoro na filologię angielską nie ma ona najmniejszego znaczenia? Dokładanie sobie pracy to nonsens, zwłaszcza w niesamowicie zabieganym okresie przedmaturalnym, gdy każdą godzinę zaczynacie przeliczać na rozwiązane zadania z trygonometrii. Polecam również wypisanie deklaracji maturalnej przy użyciu mózgu, a następnie wymuszenie jej sprawdzenia na wychowawcy, mamie lub wuju. Chyba, że chcecie w dniu egzaminu mieć niespodziankę. Na przykład brak arkusza lub waszego nazwiska na liście piszących. I koniecznie zaznaczcie na owej deklaracji okienko, że wyrażacie zgodę na pobranie danych z KReM, żeby nie mieć później problemu z wgrywaniem świadectwa dojrzałości do systemu rekrutacyjnego waszej przyszłej szkoły.

DWADZIEŚCIA LAT NIEPEWNOŚCI
Gdy uporacie się z okropnym egzaminem dojrzałości, pozwalam się napić. Tylko z umiarem, bo w połowie maja uniwersytety otwierają możliwość logowania się do systemów rekrutacyjnych (mój na UŚ nosi imię IRK) i zapisywania na wybrane kierunki. To dość zabawne, że można dołączyć nie znając jeszcze wyników Wielkiego Egzaminu, ale co ja tam wiem. Gdy już narobicie sobie sobie nadziei i wpłacicie w systemie opłaty rekrutacyjne (droga sprawa, przyjaciółka zapłaciła uniwersytetom półtora koła, bez kitu), możecie zająć się wiecznym czekaniem na zaksięgowanie ich i przejmowaniem się nie wiadomo czy zdaną maturą. Oczywiście możecie iść w moje ślady i zapłacić dopiero po otrzymaniu wyników, ale to trochę ryzykowne, bo z powodu przeciążeń hajs wlecze się niczym wasza ulubiona blogerka zdająca bieg na 800m. Gdy zapłacicie za wszystkie wybrane kierunki i piętnaście razy je zmienicie, bo wyniki matur okazały się niezadowalające, musicie zaczekać na godzinę zero - wyniki. Moje spóźniły się o pół godziny i byłam prze-ra-żo-na. Następnie zaczyna się prawdziwa zabawa, zwana kompletowaniem teczki.

TECZKI I WYCIECZKI
Teczka dziwną rzeczą jest, choć wygląda zwyczajnie. Najpierw oczywiście trzeba zrezygnować z batona nadzianego masłem orzechowym i przeznaczyć na nią cenną złotówkę. Potem trzeba pobrać wszystkie dokumenty, ankiety i inne śmieci, a także iść do fotografa i dać sobie zrobić okropne zdjęcia, w moim przypadku bez okularów.

NA MÓJ JEDYNY I NAJLEPSZY UNIWERSYTET ŚLĄSKI TECZKA MUSIAŁA ZAWIERAĆ:
- formularz z danymi osobowymi i zdjęciem (które uprzednio wpisaliście w system rekrutacyjny) wydrukowany ze strony uniwersytetu
- dwustronny inny papier (ankieta?) wydrukowany z tego samego miejsca
- kserokopię dowodu osobistego, na której zapewne będziecie wyglądać jak ludzie-widma
- kopię/odpis świadectwa dojrzałości
- dwa papierowe zdjęcia, te same, co wgraliście do systemu
- gumkę albo sznurek, żeby nic nie wypadło (hahaha, ten żart akurat mi się udał!)

Po skompletowaniu folderu sprawdzacie tylko godziny otwarcia dziekanatu i wsiadacie w autobusik, żeby wręczyć papiery pani dziekance/panu dziekanowi/wolontariuszowi, który siedzi tam i płacze nad swym losem. Kolejki są okropne, więc wcale nie odradzam wysłania dokumentów pocztą - bynajmniej nie zgubicie się po drodze (jak ja!), ani nie wpadniecie pod tramwaj (jak Berlioz w Mistrzu i Małgorzacie). Mając do dziekanatu jakieś 30 kilometrów jak ja do swojego, podróż może mieć jakiś sens - obejrzycie wydział i złapiecie nad ściekiem* wodne pokemony. W przypadku większej odległości sens jest znikomy - podróż i stanie w kolejce potrwa lata, a miasto i tak zwiedzicie przeprowadzając się do niego po kilku miesiącach.

*rzeczką Rawą, wybaczcie drobne niedopatrzenie

GRATULUJĘ, GRA SKOŃCZONA
Po złożeniu teczki dziekanatowy dyżurny wręczy wam decyzję przyjęcia na studia, poinstruuje, jak zalogować się do USOS-a (to taki studencki edziennik zawierający daty egzaminów i oceny z zaliczeń) i przekaże numer konta, na który trzeba wpłacić (w przypadku mojej uczelni 21 zł) za indeks i legitymację studencką. I koniec, do października macie wolne! Ja jadę zobaczyć polskie morze w nadmorskiej stolicy imprezy, a wy?

W końcówce jak zwykle zapraszam na moje wesołe social media, czyli fanpage (sherlygorczyk), Instagrama (sherlygorczyk) i Snapchata (uroczasherly, taka jestem kreatywna). Nie pożałujecie wizyt, zapewniam najlepszy kontent!

I wcale nie zalewam się łzami, ani nie mieszam się w niebezpieczne nałogi pokroju zażywania mefedronu i wciągania koksu przez (przywieziony na pamiątkę z Londynu) banknot pięciofuntowy.

ALE CZYM WŁAŚCIWIE JEST SEE BLOGGERS?
Największe blogerskie wydarzenie w Polsce, które w tym roku odbywa się już czwarty raz. Tym razem zapisani blogerzy spotykają się 23-24 lipca w gdyńskim Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym. Samo spotkanie jest pod patronatem miliarda firm, można na nim spotkać znanych blogerów, twórców z Youtube i wszelkiej maści ludzi internetu. Organizatorzy oferują 9 tematycznych stref, które mają obfitować w interesujące prelekcje, warsztaty i znających się na rzeczy prelegentów. Normalnie żyć nie umierać! Można nawet zabrać ze sobą żonę, chłopaka lub kuzyna. Albo kupić sobie piwo i wypić je ze swoim ulubionym internetowym twórcą. Raj dla piszących, nie sądzicie?


JEST IMPREZĄ BEZE MNIE...
Na początku maja wszyscy chętni zostali poproszeni o wypełnienie kwestionariusza potencjalnego uczestnika. Polegało to na podaniu personaliów i linków do profilów prowadzonych w social mediach, więc bez problemu, grzecznie go wypełniłam i odesłałam organizatorom. Wtedy rozpoczęło się wielkie czekanie, które trwało przez dwa najdłuższe majowe tygodnie, jakie udało mi się w marnym, dziewiętnastoletnim życiu przeżyć. W dzień dziecka rozesłano wiadomości zwrotne, potwierdzające zapisanie chętnego adresata na See Bloggers. Znalazła się również jedna do mnie, kulturalnie informująca o braku miejsca dla Lajfstajlu na owym złotym, elitarnym spotkaniu. Było mi smutno i na parę godzin obraziłam się na życie, bo po raz pierwszy tak wyraźnie dano mi odczuć, że jestem tylko małą cegiełką, która tworzy ten ogromny, blogerski przybytek. Ale dobrze, że zajmujący się zapisami ktoś zrobił to teraz. Lepiej upaść z wieżowca na twarz jak najwcześniej, bo młodszym i mniej doświadczonym o wiele szybciej goją się rany. Młodzi są bardziej plastyczni i łatwiejsi w obróbce, dlatego też powinno się ich dobrze pokierować, w razie potrzeby (jak w moim przypadku) batem lub kijem do bejsbola.

...CO MOGĘ ZAWDZIĘCZAĆ JEDYNIE SAMEJ SOBIE
Za dwa lata, gdy Lajfstajl byłby przypadkiem trochę bardziej popularny (bo przecież rozpoznawalność przychodzi z czasem), bolałoby to pewnie znacznie bardziej - włożonej bloga pracy byłoby przecież jeszcze więcej. Może po prostu los zaplanował, że będzie mi dane pojechać do Gdyni dopiero za rok, gdy będę miała do przekazania więcej, bardziej wartościowych słów? A może zwyczajnie 800 osób, które się dostało, reprezentuje o wiele wyższy poziom i chciano kopnąć mnie w cztery litery na zachętę, żebym wreszcie zabrała się do pracy i dopilnowała systematyczności i odpowiedniej promocji bloga? Organizatorzy na pewno nie zmówili się przeciwko mnie i nie mieli na myśli tego, że Lajfstajl jest bezwartościowy. Po prostu dostałam w twarz za gigantyczny przestój. W tym biznesie nikogo nie obchodzą moje imprezy i matury - jestem kreatorem treści, więc moim głównym zajęciem jest pisanie. Nie od święta - na poważnie, z ambicją, na co dzień. Cierpienie na przerost ego trzeba jak najszybciej zagłuszyć i wziąć się za pracę. Szczególnie gdy stoi się u progu najdłuższych wakacji życia. Osiadanie na laurach się zwyczajnie nie opłaca. Zwłaszcza, gdy owych laurów nie ma, bo wcale nie odpowiada się popularnością Jasonowi Huntowi czy Andrzejowi Tucholskiemu.

ALE ŚWIAT SIĘ NA TYM NIE KOŃCZY
Bo do 13 czerwca trwa dodatkowy nabór. A gdy chcę, to potrafię - nie byłabym sobą, gdybym nie zgłosiła kandydatury ponownie. A nóż-widelec załapię się do szczęśliwej czterdziestki? Jeśli jednak kolejny raz mi się nie uda, nie mam zamiaru obrażać się i płakać, bo silne kobiety nie ronią łez nawet, gdy w Zielonej mili Percy zabija Pana Dzwoneczka. Zapisy na See Bloggers są taką małą szkołą życia dla nie do końca doświadczonych w branży, młodych twórców. Skutecznie uczą tego, że świat nie zawsze działa na naszą korzyść. Że nie żyjemy w uniwersum Harry'ego Pottera, w którym wypowiedzenie magicznego zaklęcia jest kluczem do osiągnięcia wszystkiego, co chcielibyśmy mieć. W prawdziwym życiu trzeba zacząć działać, bo nic samo do nas nie przyjdzie. Sukcesy nie leżą porzucone na ulicy, ani nie są dostępne do adopcji w schronisku. Kluczem jest systematyczna praca, a ja mam zamiar solidnie pracować, dopóki nie usłyszę, że tego lata widzimy się w Gdyni.

Jeśli się dostałeś/nie dostałeś/życzysz mi szczęścia w dogrywce/po prostu jesteś super, polub mojego fanpage. Możesz też zajrzeć na Instagrama i Snapchata (uroczasherly).

Najpopularniejszy wpis na tym blogu jest zdecydowanie przeciwny Snapchatowi. A tymczasem ja ponownie zainstalowałam aplikację.

Macie rację, zaraz będę podważać własne poglądy. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że ów post o nienawiści do Snapchata powstał ponad rok temu, gdy Lajfstajl był niszową witryną i miał pięćdziesiąt polubień na Facebooku. Bo właściwie Snapchat jest bardzo sensowny, a używanie go ma wiele plusów. I że też ja o tym mówię!

SPRZĘT MA ZNACZENIE
Z łezką w oku wspominam mój plastikowy, biały pseudosmartfon firmy Alcatel. Pięciomegapikselowy aparat doskonale dawał radę z fotografowaniem frytek z McDonald's i świątecznych choinek, gorzej było jednak z obsługą wszelkich aplikacji. Półrdzeniowy procesor z ociąganiem obsługiwał Snapchata, system bez przerwy się zacinał, ikonka aparatu znikała, a aplikacja co trzy sekundy samoistnie się wyłączała. Domyślacie się, że użytkowanie telefonu było niemiłosiernie denerwujące, sprzęt zniechęcał nawet do sprawdzania na nim godziny. W wielkim skrócie był jak krzesło elektryczne, najzwyczajniej nieprzyjazny. Po śmierci owego telefonu (podczas grania w skaczącą galaretkę na jednej z nudnych lekcji historii nieszczęśliwie upadł pod stół) i nabyciu LG z najnowszego sortu, moje życie od razu stało się łatwiejsze. Wreszcie mogłam słuchać muzyki i przeglądać Facebooka, jednocześnie mając w tle trzy otwarte gry. Po jakimś czasie ponownie zainstalowałam Snapchata i wszystko działało bez zarzutu. Pamiętajcie, że nowy Android jest najlepszym przyjacielem aplikacji, o której mowa. Komfort korzystania ze starszych wersji systemu nie umywa się do nowej piątki. Obsługa Snapchata wygląda zwyczajnie żałośnie, zaufajcie mi.

POKAZUJĘ TYLE, ILE CHCĘ
I dodaję na Mystory tylko te zdjęcia, które mogą wnieść coś do waszego życia. Na przykład ostatnio pochwaliłam się czterema wygranymi Żubrami. Mogę przebierać w udostępnianych materiałach jak tylko chcę i bardzo mi to odpowiada. Czekam w kolejce do lekarza? Nikogo to nie interesuje, więc nie będę udostępniać. No, może wyślę Kasi prywatnego snapa, żeby mogła mnie uratować. Czytam najciekawszą książkę świata o czwartej nad ranem? O, to może się wam spodobać, więc pokuszę się o publiczne dodanie. Dowolnie dysponuję dodawanym kontentem, co równa się temu, że mogę dowolnie kreować w sieci obraz swojej osoby. Jeśli będę miała ochotę, będę uchodzić... Możliwości jest masa i za to właśnie lubię social media - mogę się pokazać z najlepszej posiadanej strony. Oczywiście nigdy nie tworzę fałszywego obrazu siebie, bo to kretyńskie. Ja jedynie wycinam te złe i wstydliwe epizody. Dlaczego nie odkryłam tej magicznej funkcji wcześniej?

PODGLĄDAM BLOGERÓW I ZNAJOMYCH
Wiem, co Ola jadła na śniadanie i jakie buty założyła wychodząc na miasto. Ostatnio oglądając nagrania pewnej blogerki zwiedziłam niezły kawałek własnego miasta. Bezkarnie zaglądam do waszych kubków z kawą, zawsze wiem, jakie seriale oglądacie wieczorem. Słucham o tym, jak to jest być Au Pair w Hiszpanii. Dobrze wiecie, co mam na myśli - zwyczajny fakt, że raduję swój dziennikarski zmysł, który zawsze chce być wszystkowiedzący. Podglądanie cudzego życia to, moim zdaniem, największa zaleta Snapchata. Jestem okropna, ale nie rozumiem, jak zaglądanie do lajfstajli znajomych może was nudzić. No, też kiedyś uważałam podglądanie za głupotę i stratę czasu, ale co z tego, przecież mam wakacje i nadmiar wolnego czasu.

MAM Z WAMI LEPSZY KONTAKT
Co najważniejsze, wy podglądacie mnie i ja podglądam was. Wszyscy jesteśmy zadowoleni wiedząc, co się dzieje u nas nawzajem. Wiecie, że żyję, a ja wiem, że czytacie. Przecież lepiej być nie może, ta aplikacja niesamowicie ułatwia wirtualne kontakty międzyludzkie. W każdej chwili możemy się na dziesięć sekund zobaczyć i  pokazać drugiej osobie coś ciekawego. Albo zapytać o radę, czy mamy dziś ładne brwi. Nie mówcie tylko teraz, że Snapchat jest głupi i napędza jedynie przemysł pornograficzny, bo to ogromne uogólnienie. Serio, i mówi wam to osoba, która kiedyś poważnie aplikacją pogardzała.

Jeśli również czasem przekonujesz się do znienawidzonych rzeczy lub po prostu mnie polubiłeś, trzaśnij mi lajka na Fejsbuku i dodaj na Snapchacie użytkownika uroczasherly.